wtorek, 30 grudnia 2025

Labuan Bajo

 Miejscowość położona na wybrzeżu wyspy Flores, odwiedzana głównie, żeby popłynąć na Komodo. Albo żeby ponurkować, bo naprawdę dla nurków może tutaj być eldorado. 

Ale można też wybrać się na mały trekking na pobliskie wzgórza(nie poszłam) albo pójść na taras widokowy za jakieś 6 złotych, żeby podziwiać zatokę z góry. 







Jako że warany stały się głównym źródłem dochodu dla miejscowych, to zwierzę ma pomniki na każdym rogu, co moim zdaniem jest dość zrozumiałe. Zresztą mam póki co wrażenie, że jest to symbol całej wyspy, bo w kolejnej miejscowości, Ruteng, oddalonej jakieś 125 km od Labuan Bajo, też pomnik warana jest. 

Z racji, że wylądowałam w Labuan Bajo 25 grudnia, trafiłam na dość specyficzne obchody Bożego Narodzenia - powiedzmy, że był to korowód, tyle że składający się z ciężarówek pick-upów, skuterów i motocykli, które robiły potworny hałas razem z ludźmi, którzy z ciężarówek wydawali radosne okrzyki. 






Bo Flores jest wyspą katolicką jak się okazuje. W całej Indonezji katolicy stanowią zaledwie 3-procentową mniejszość wśród dominującego islamu, ale właściwie całe te 3% zamieszkuje wyspę Flores. Swoją drogą wyspę tak nazwali Portugalczycy, którzy przybyli tutaj bodajże w czasie odkrywania kolejnych lądów. Tak samo zresztą nazywa się jedna z wysp azorskich. 

Katolicyzm natomiast nie jest tutaj postrzegany jako chrześcijaństwo - chrześcijanami są protestanci, natomiast katolicyzm to zupełnie odrębna religia. Kościołów tu całkiem sporo, a w niedzielę przed nimi parkuje sporo skuterów. 

Wszystkie te informacje wyciągnęłam stąd Poznaj Świat

poniedziałek, 29 grudnia 2025

Komodo

 Wyspa Komodo z mieszkającymi na niej wielkimi waranami przypominającymi smoki (stąd zresztą nazywane są smokami z Komodo) chodziła za mną odkąd po raz pierwszy przyjechałam do Indonezji w 2018 r. Czas wtedy nie pozwolił, więc teraz wróciłam do Indonezji, żeby w końcu tam dotrzeć. 

Na Komodo nie da się tak po prostu pojechać. Najpierw trzeba dostać się do Labuan Bajo na wyspie Flores

Zatem zaczynając od Wrocławia, najpierw poleciałam do Warszawy, przesiadkę miałam w Stambule, z którego leciałam 11h do Dżakarty, w której zostałam na noc na lotnisku. Tzn. w hotelu na terminalu z lotami krajowymi. 

Dopiero z Dżakarty poleciałam do Labuan Bajo, które wcale tak blisko nie jest - lot trwał ponad 2 godziny. 

Miałam wyobrażenie, że skoro nocuję na lotnisku, spacerkiem pójdę odprawić bagaż na godzinę przed odlotem, ale takie rzeczy nie na lotnisku w Dżakarcie. Ponad godzinę zajęło mi stanie w niedługiej kolejce do nadania bagażu i trwałoby to nawet dłużej, gdybym nie wybłagała, żeby mnie przepuszczono szybciej. Na pracującego na check-in deski chłopaka nie dało się patrzeć - nie wiedział, co robić, w co włożyć ręce i jak zapanować nad sytuacją. 

Do samolotu wpadłam jako jedna z ostatnich. 

Ale wszystko wynagrodził mi następny dzień: wycieczka całodniowa na Komodo i nie tylko. Wykupiłam ją sobie online na dwa tygodnie przed wyjazdem, żeby mieć spokojną głowę po przylocie. Wycieczka miała w nazwie “wczesne ptaszki” - o 5:20 byłam już odebrana przez kierowcę, który zawiózł mnie na przystań.



  Szybką łodzią motorową wycieczką 12-osobową najpierw popłynęliśmy na wyspę Padar, żeby się na dzień dobry powspinać i podziwiać niesamowity widok na samą wyspę i wyspy sąsiednie. Wchodząc na górę poznałam już pierwszą parę, z San Diego. Druga para była z Vancouver, trzecia z Bostonu, czwarta z Francji, piąta pozostała do końca tajemnicza, z nikim nie zamienili słowa. I był jeszcze jakiś samotny wilk, chyba z Australii. 






Z Padar popłynęliśmy na różową plażę. Byłam przekonana, że będę musiała użyć sporo wyobraźni, żeby dojrzeć ten róż, ale ona naprawdę była różowa. Kolor zapewnia czerwony koral, którego drobinki mieszkają się z piaskiem. Róż plaży z turkusem wody daje cudowny, kiczowaty efekt. 






Wreszcie następną atrakcją była wyspa Komodo z waranami długości 3 metrów. Ale okazało się, że nie była to największa atrakcja dnia. 



Na Komodo można poruszać się tylko wytyczonymi ścieżkami, wyłącznie z przewodniami, po dwóch na grupę - jeden prowadzi, drugi kryje tyły. Zobaczyliśmy w sumie siedem waranów, większość na plaży, skąd zaczęliśmy godzinny spacer po parku. Są olbrzymie i nieruchome, choć podobno jak głodne, potrafią zasuwać około 20 km/h. W stadzie trzymają się tylko wtedy, kiedy muszą zdobyć jedzenie. Na dokładkę są kanibalami - zjadają własne dzieci. I trzeba uważać, żeby nie zaatakowały. Ich ślina zawiera zabójcze bakterie i to jest ich sposób na duże zwierzęta - ugryzą tylko kawałek i czekają aż zdobycz padnie. 





Park Narodowy Komodo jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO, ale na plaży nadal jest pełno plastikowych śmieci. Nikt tego nie widzi, jakby plastik stanowił naturalną część krajobrazu. 

Dopiero po wizycie na Komodo zaczęła się jak dla mnie największa atrakcja: snorkeling. Ale najpierw chłopaki przewodnicy zabrali nas w bajkowe miejsce o nazwie Taka Makassari. Była to wysepka, mielizna z różowego piasku otoczona turkusową wodą - kompletnie surrealistyczne miejsce.



Snorkeling był równie niesamowity. Kolorowe rafy pełne życia z jeszcze bardziej kolorowymi rybami. Dzięki jednemu z przewodników zobaczyłam nawet rybkę Nemo, którą zwykle trudno zobaczyć, bo jest malutka i chowa się zwykle w rafach.

Widziałam też żółwia morskiego zlewającego się z dnem pokrytym morską roślinnością. Ale najbardziej odrealnionym przeżyciem  było zobaczenie gigantycznych mant. Manty, których rozpiętość może sięgać podobno nawet 7 metrów, są jak gigantyczne czarno-białe falujące płachty.  Największa manta, jaką udało mi się zobaczyć, miała około 2-3 metrów rozpiętości, co już robiło piorunujące wrażenie. 

9-godzinna wycieczka była tak naszpikowana wrażeniami, że można by je rozłożyć przynajmniej na tydzień.


czwartek, 20 listopada 2025

Mauritius, cz. 6

Wreszcie kulminacyjnym punktem programu był podwodny wodospad, a właściwie lot nad nim hydroplanem. Podwodny wodospad oczywiście nie istnieje- jest to jedynie złudzenie optyczne spowodowane różnicami w poziomie wody. 


Lot był cudowny, widoki oszałamiały. W sumie 15-minutowy lot w zupełności wystarczy, ale przydałby się jeszcze jeden, żeby po pierwszym oszołomieniu móc się już naprawdę skupić na tych niesamowitych widokach. Przeszkodą jednak była nie tylko cena (149 euro), ale konieczność rezerwacji terminu właściwie z miesięcznym wyprzedzeniem.

Przed lotem pojechałam zobaczyć osławioną plażę w Le Morne. Ładna, ale plaża we Flic en Flac niczym jej nie ustępuje. 


Ostatnie dni spędziłam na robieniu nic, czyli na przesiadywaniu na plaży, obserwowaniu ludzi, czytaniu książki - w sumie nie do końca takie nic. Wyspa jest tak mała, że aby swobodnie ją sobie zwiedzać, nie jest konieczne nieustanne zmienienie miejsc noclegowych. Wystarczy jedno. Dla mnie to Flic en Flac z plażą ciągnącą się przez 3 km. Oczywiście ładniejsza część plaży z malowniczymi palmami, czyściutkim piaseczkiem, oczyszczonym z glonów, kamieni, martwych kawałków rafy i śmieci, znajduje się przy resortach, gdzie cena za dobę sięga 600 euro za dobę, a cień palm zarezerwowany jest dla gości. Plaża publiczna pozbawiona jest palm, są za to są jakieś drzewa iglaste, które wyglądają przepięknie, ale ich nazwy nie byłam w stanie ustalić. Ten las, plaża i morze w porannym świetle wyglądają naprawdę bajecznie. 

W weekend lasek zapełniony jest hordami ludzi - nie tylko turystów, ale przede wszystkim miejscowych rodzin, przyjaciół, znajomych. Siedzą w kręgach hinduskich, muzułmańskich i afrykańskich. Niektórzy mają po prostu koce, inni rozkładane krzesełka, bardziej zapobiegliwi namioty igloo dla ochrony przed słońcem. Wszyscy mają wielkie torby z jedzeniem i piciem na cały dzień. Siedzą, rozmawiają, śpiewają, grają na gitarach, bębnach albo wyciągają gigantyczne głośniki i puszczają wszelkiego rodzaju muzykę zaraz obok wielkiego billboardu zabraniającego głośnej muzyki pod groźbą mandatu. 

Wzdłuż ulicy stoją budki z jedzeniem: głównie makaron albo ryż z warzywami lub zupa z klopsikami, małe samosy lub inne hinduskie snacki. Po drugiej stronie ulicy ciągną się restauracje i bary. 

W tygodniu zasadniczo zmienia się tylko tyle, że ludzi i muzyki jest znacznie mniej, co nie oznacza, że nie ma ich wcale.

Zachód słońca jest tutaj codziennie nowym spektaklem, który ma zawsze widzów rozsiadających się na plaży i obserwujących niesamowite kolory nieba. 

I tak tu sobie życie płynie.