poniedziałek, 19 stycznia 2026

Raja Ampat

 Z Moni pojechałam do Ende, z Ende poleciałam do Labuan Bajo, z Labuan Bajo do Jakarty. W Jakarcie miałam misję: kupić koszulkę z długim rękawem do snorkelingu, żeby słońce nie spaliło mnie na wiór. Znalazłam gdzieś na internecie sklep, zaznaczyłam sobie na mapie Google i pognałam taksówką za niemałe pieniądze, bo komunikacja publiczna już o 16:00 odpadała. Kiedy dotarłam wreszcie do sklepu, który znalazłam jak wyżej, okazało się, że jest zamknięty. Z desperacji zadzwoniłam pod numer podany na mapach Google i uwaga, odezwał się chłopak mówiący po angielsku. Powiedział tylko, że mam poczekać, bo już schodzi do mnie. Przeprosił,że nie było informacji o zamknięciu dokładnie w tym tylko dniu i sprzedał koszulkę z rabatem 5%, jednocześnie doliczył 3% za płatność kartą. 

A Raja Ampat siedziało mi w głowie od momentu, gdy obejrzałam odcinek serialu “Nasza Planeta”, w którym wspomniano o tym miejscu jako najbardziej różnorodnej biosferze morskiej na świecie. Jako że byłam już w Indonezji, wiedziałam, że samolot wszędzie doleci. A leci z Jakarty do Sorong w Papui Południowozachodniej. W Sorong trzeba dostać się na statek expresowy, który odpływa do Waisai na wyspie Waiego o 9 i 14, a podróż trwa 2 godziny. Czyli jeśli złapie się statek o 14, trzeba liczyć się z noclegiem w Waisai, chyba że ktoś lubi dreszczyk i podróż łódką przez godzinę oceanem w totalnych ciemnościach. 





W Waisai na dzień dobry trzeba się zarejestrować, zadeklarować ilość dni pobytu i zapłacić 1 mln rupii, czyli jakieś 60 dolarów amerykańskich. A potem to już w zależności, kto gdzie znajdzie sobie zakwaterowanie - zwykle każdy umawia się ze swoim gospodarzem, który zabiera na inną wyspę, a jest tu ich sporo. Ja wybrałam maluteńką wyspę Friwen, której linia brzegowa ma zaledwie 2 km, a droga do niej z Waisai łodzią zajmuje jakieś 40-45 minut, czyli nienajgorzej. Na wyspie jest wioska o tej samej nazwie, którą zamieszkuje około 150 osób. Jest kościół, szkoła podstawowa i dwa sklepiki. Głównym zajęciem dzieci i młodzieży, jeśli nie ma szkoły rano, jest łowienie ryb na pomoście, a potem gra w piłkę, siedzenie na plaży i wygłupy. Wszyscy mają swoje łodzie zasilane silnikami Yamaha.












Mój homestay składał się zaledwie z trzech domków dla gości. W sumie pozostałe trzy homestaye też miały tyle chatek. Było, cicho, spokojnie i sielsko. Wieczorem, kiedy czytałam książkę w hamaku, na mój ganek codziennie przychodził gekon i mały brązowy krab. Pierwszy polował na małe muszki i mrówki, drugi łaził bokiem w jedną i w drugą stronę. Zaglądały też inne gekony, ale jeden był stały. I wbrew pozorom było możliwe ich odróżnienie. Miały różną wielkość, różny kolor i różną długość ogona. Niezmiennie wszystkie są zabawne i rozczulające. I zaskakujące było dla mnie to, że nie były płochliwe. Zwykle gekony uciekają i się kryją w zakamarkach. Te tutaj, gdy tylko robiło się ciemno, swobodnie sobie polowały na owady, nie patrząc czy są ludzie w pobliżu. 

Papuanie to jakby zupełnie inna nacja. Podobno są postrzegani przez resztę Indonezyjczyków jak gorsza kasta. Mają o wiele ciemniejszą skórę, mocno kręcone włosy i nie azjatyckie rysy twarzy. Należą głównie do plemienia o nazwie Asmat i mniejszego, Biak. Wyznają islam tudzież chrześcijaństwo, czyli są protestantami, bo przecież w Indonezji katolik to nie chrześcijanin - to po prostu katolik. I wszyscy żyją w zgodzie i harmonii. Na każdej wyspie mają rodzinę, a przynajmniej jakichś znajomych.  I żyją chyba głównie z turystki i oczywiście z rybołówstwa. 






Bo na Raja Ampat jest jeszcze co łowić. Ryb jest ilość niezliczona, w kolorach i rozmiarach jakich dusza zapragnie. Jednak widać już efekt globalnego ocieplenia - zbyt ciepła woda powoduje, że rafy bieleją i umierają. Tym samym wiele gatunków ryb traci pożywienie. 




Poza tym mimo, że za wjazd na Raja Ampat płaci się niemałe pieniądze, które mają służyć utrzymywaniu naturalnego środowiska, wsparciu lokalnych społeczności, aż prosi się o zintensyfikowanie edukacji nie tylko młodych, ale wszystkich mieszkańców co do ochrony środowiska i utrzymania czystości. Co do zasady jest to obszar pod ochroną UNESCO, opisywany jako “nie tylko miejsce turystyczne – to żywe laboratorium, sanktuarium kultury i jeden z najważniejszych ekosystemów krasowych na Ziemi. Położony w sercu papuaskiego korytarza megabioróżnorodności, Raja Ampat chroni globalnie ważne ekosystemy morskie i lądowe. Jego rafy koralowe, lasy i namorzyny stanowią schronienie dla setek rzadkich, endemicznych i zagrożonych gatunków, z których wiele nie występuje nigdzie indziej na świecie – jest to kluczowy obszar Trójkąta Koralowego”. Tymczasem w tym miejscu tworzą się wyspy śmieci, dryfujące po czystych wodach i wyrzucane przez przypływy na brzegi wysp. Zobaczyłam to jednego dnia na własne oczy na czystej plaży wyspy Friwen, na której rano powstał gigantyczny śmietnik. Poprosiłyśmy z niejaką panią Elisabeth ze Szwajcarii o worki i zaczęłyśmy sprzątać. Jakimś cudem dołączyli do nas pozostali turyści i mieszkańcy z tej strony wyspy. Zbieraliśmy nie tylko plastikowe kubki, rurki, butelki, worki, ale i nożyczki, nożyki do golenia, szczoteczki do zębów, grzebienie, klapki na kilogramy, szklane butelki po lekarstwach, opakowania po lekarstwach, kawałki plastikowych krzeseł, butelki po oleju silnikowym, po płynach do prania, itd. Śmieci wożone były taczkami. Po południu, kiedy znowu był odpływ,nastąpił  ciąg dalszy sprzątania. Podobno po moim wyjeździe, po południu znów miejscowi wzięli taczkę i zrobili akcję. Budujące to, tylko na ile czasu zostanie tego zapału…


A pani Elizabeth… Kobieta lat 72. Zaczęła podróżować w wieku 47 lat i sądząc po jej opowieściach, jej celem było dotrzeć tam, gdzie mało kto dociera. Brunei to takie najbardziej dostępne z tych miejsc. Pokochała snorkeling i Raja Ampat. Od kilkunastu lat przylatuje już tylko do Indonezji z pełnym ekwipunkiem: kombinezonem z pianki neoprenowej, maską i płetwami. Po 50tce zaczęła uczyć się indonezyjskiego i teraz swobodnie komunikuje się z miejscowymi. Zna chyba każdy zakamarek Indonezji: wyspy Fam, archipelag Banda, o którym czytałam w jakiejś książce podróżniczej. Elizabeth jest, wiadomo, już na emeryturze, więc do Indonezji przyjeżdża z tym swoim sprzętem i cieszy się podwodnymi widokami. Zdjęcia raf mam właśnie od niej. 













wtorek, 13 stycznia 2026

Moni - Kelimutu

Następnego dnia po Nowym Roku, który jest bardzo mocno świętowany - wszystko jest zamknięte, nawet niektóre restauracje - miałam wykupiony bilet na busa do małej wioski o sympatycznej nazwie Moni. Nie było już tak wygodnie jak dotąd, że bus przyjechał pod hotel - musiałam się dostać na to samo rozdroże, gdzie bus mnie zostawił ostatnio. O skuter-taxi niełatwo po Nowym Roku, wszyscy panowie zawiani po świętowaniu (a świętuje się tutaj przez tydzień przy alkoholu i karaoke). Na szczęście ojek zorganizowała mi pani gospodyni, w której chyba wzbudzałam sympatię. 

Przyjechał po mnie chłopak jeszcze na lekkim kacu, ale kiedy zapytana powiedziałam mu, że jestem z Polandii (tak się zwie nasz kraj po indonezyjsku), od razu się ożywił i uraczył mnie znajomością polskich słów “dzień dobry “, “dziękuję “ i “wolno”. Ostatniego słowa nauczył się od jakiejś Polki, którą woził po okolicy. Przywiózł mnie na rozdroże, siedliśmy sobie pod jakimś zadaszeniem, gdzie siedziało już kilku jego kumpli i tak sobie siedzieliśmy przez następne 2 godziny, bo nie było do końca wiadomo, o której bus Gunung Mas przyjedzie. 





W końcu przyjechał, jechał właściwie bez przerwy przez ponad 4 godziny, żeby wysadzić mnie w Moni 200m przed moim zakwaterowaniem i nie pomogło pokazywanie, żeby jeszcze kawałek tylko podjechał mimo, że homestay był przy głównej drodze, więc i tak go mijał. Pan kierowca bowiem nie rozumiał, co mu pokazuję na mapie Google. Pozostałe 200m więc przeszłam pieszo. 



Moni jest bazą wypadową do jeziorek, które powstały w kraterach byłego wulkanu Kelimutu. Jeziorka są trzy: jedno turkusowe, drugie szmaragdowe, trzecie nijakie. Potrafią też przybrać kolor zielony, turkusowy, biały, brązowy. Kolory potrafią zmieniać nawet kilka razy w ciągu roku, w zależności od gazów wulkanicznych i reakcji minerałów. Na dnie jezior bowiem znajdują się otwory, z których wydobywają się gazy o przeróżnym składzie chemicznym. Oczywiście wokół zmieniających się jezior powstały lokalne mity i legendy. Nie będę przytaczać tutaj lokalnych nazw, ale każdemu z jezior przypisane jest znaczenie: turkusowe (które bywa zielone lub nawet białe) to dom młodych dusz, niebieskie (zielone lub czarne) to miejsce spoczynku dla dusz starszych dusz, a jeziorko koloru nijakiego (tudzież ciemnozielone, brązowe, czasem czarne) to przechowalnia dusz podłych ludzi.



Do Parku Narodowego Kelimutu prowadzi bardzo przyzwoita droga, choć oczywiście kręta i czasami stroma. Dzień wcześniej poprosiłam więc gospodarza o skuter w dobrym stanie. Dostałam duży skuter 250, z tylną oponą zupełnie łysą i bez lusterek. Kiedy zwróciłam na to uwagę, gospodarz stwierdził, że droga na Kelimutu jest very good i łysa opona, brak lusterek to żaden problem. Ale mam raczej korzystać z lewego hamulca, bo prawy no good. Sam gospodarz miał taki sam skuter, tyle że  z dobrymi oponami, lusterkami i nawet miał z przodu owiewkę, co w azjatyckich skuterach jest niezwykle rzadkim wyposażeniem. Dla gościa jednak zorganizował starego grata. Moni to wioska, w której nie ma możliwości wybrzydzania i szukania wypożyczalni skuterów - trzeba brać, co jest. Więc pojechałam tym gratem. I nie było tak źle do bramy Parku. Potem już droga się zwężała i nawierzchnia momentami była kiepska. Jakoś dojechałam, ale nie wyobrażałam sobie zjazdu. Zbierając się już do drogi powrotnej, zahaczyłam jakąś parę i poprosiłam, żeby chłopak mnie zwiózł na dół do bramy na moim skuterze. 


Z parkingu trzeba było iść jeszcze jakieś 2-3 km na szczyt, z którego można było zobaczyć wszystkie 3 jeziora. Po drodze i na samej górze musiałam poddać się wspólnym fotografiom, z dziećmi, dziećmi z ojcami, z całymi rodzinami, grupą nastolatków. 







W Moni można właściwie zostać tylko na jedną noc, ale umęczona jeżdżeniem nieustannymi zakrętami, zostałam już do dnia następnego, a rano pojechałam do Ende, skąd miałam lot w Jakarty. W oczekiwaniu na transport do Ende przyglądałam się ile osób może przewieźć jeden środek transportu.