Okolice Labuan Bajo to nie tylko wyspy - można się zapuścić też gdzieś poza nimi. Na skuterze, bo zasadniczo to podstawowy środek transportu. Szalenie wiele miejsc nie ma: jest wodospad i jest punkt widokowy. Punkt jest przy sklepiku, w którym można kupić kawę lub piwo i przycupnąć przy stoliku na krzesełku z pnia albo wraz z rodziną właściciela sklepu, co zresztą mi zaproponował. Piwo oferowane jest nawet kierowcom, bo raczej nikt tutaj się nie przejmuje kierowaniem z procentami we krwi. Może dlatego tak sprawnie wszyscy tu jeżdżą tymi zakrętami, bo prostych dróg tutaj naprawę niewiele.
W każdym razie widok rzeczywiście piękny, ale mogłam to stwierdzić następnego dnia z busa w drodze do Ruteng. Kiedy przyjechałam tam na skuterze, widok skutecznie zasłaniały chmury.
Z punktu widokowego, który jest przy głównej drodze, skręca się w lewo, żeby dojechać do wioseczki o swojsko brzmiącej nazwie Wersawe, żeby stamtąd ruszyć do wodospadu Cunca Wulang.
Chłopaki na wejściu zażyczyli sobie 120 tys rupii, czyli jakieś 7-8 dolarów, co jak na tutejsze warunki stanowi dość sporą kwotę. Ale cena była dość uzasadniona. Przydzielony mi został przewodnik, który zaprowadził mnie do wodospadu, a droga była faktycznie dość daleka i asekurował, żebym ze skał nie wylądowała w wodzie. Wodospad wart był tego ryzyka, choć zdjęcia tego absolutnie nie oddają.
W drodze powrotnej odczułam co to deszcze monsunowe, które potrafią być wybitnie intensywne i bez końca.











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz