Leży jakieś 125 km wgłąb Flores. Dostałam się tutaj, powiedzmy, trochę bardziej luksusowym transportem publicznym o nazwie Gunung Mas. Taki trochę FlixBus, tyle że jest to mały busik, który przyjeżdża i odwozi pod sam hotel. A dystans ponad 120 km pokonuje się 4 godziny. I nie z powodu korków, tylko przez mocno krętą drogę która ciągnie się przez całą wyspę, od Labuan Bajo aż do Maumere albo i jeszcze dalej. Tym samym samochód bezpiecznie może poruszać się ze średnią prędkością 30 km/h, choć później się przekonałam, że da się szybciej… Kierowca na wszelki wypadek ma pod ręką zapas woreczków plastikowych dla pasażerów w razie choroby lokomocyjnej. Kilku z nich zresztą (miejscowych, bo byłam jedyną turystką w busie) takich woreczków potrzebowało. Na całe szczęście ja zostałam usadzona w przednim rzędzie, stąd przypuszczam, że tylko dlatego mnie żołądek oszczędził.
![]() |
| Punkt sprzedaży benzyny |
Droga prowadziła przez wioski, w których robione było niedzielne, zbiorowe pranie, rozwieszane na wszystkich przydrożnych żywopłotach, płotach i kamieniach.
W Ruteng okazało się, że mój pokój był w normalnym domu rodzinnym i wchodziło się do niego po prostu z salonu, w którym urzędowali sobie gospodarze, ich córka i ich goście ( syn studiuje w zachodniej Jawie). Gospodarz Ricardo okazał się być bardzo obrotnym biznesmenem, który potrafił załatwić wszystko: przejazdy do kolejnych miejscowości, pranie, wycieczki po okolicy. Sam zresztą też robił za przewodnika. Wyjątkowo z żoną troszczyli się o czystość wokół obejścia domu i namawiali do tego miejscowych (przynajmniej tak mi mówiła pani gospodyni, żona Ricardo).
Od nich też wypożyczyłam skuter i ruszyłam obejrzeć tzw. Spiderweb fields, czyli pola ryżowe przypinające z góry pajęczyny.
Po drodze gdzieś wzdłuż drogi trafiłam na miejscowy targ, który stanowi chyba codzienny pejzaż i po raz pierwszy zderzyłam się z tym jak kompletnie niehumanitarnie traktowane są kury. Dla Indonezyjczyków to nie żywe stworzenia, które też czują ból. Kury są żywcem, nawet bez ich ogłuszania, trzymane za nogi głową w dół, zawiązywane za nogi na dachu samochodu, na klapie bagażnika albo gdzieś z tyłu skutera i tak transportowane. Zdjęć poglądowych brak z oczywistych powodów.
Wejście na punkt widokowy na pola ryżowe było dość interesujące: wjeżdżało się w podwórko z jakąś budą zbitą z desek, gdzie przywitał mnie jakiś gość, skasował 25 tys rupii (ok 1,5 dolara), dał kij do podpierania i pokazał schody wyżłobione w ziemi. Powiedział tylko, że na samej górze mam skręcić w lewo i całe szczęście, że dał tę wskazówkę, bo ominąłby mnie widok pełnej panoramy.
Późnej za sugestią mojego gospodarza wybrałam się w kierunku wioski plemiennej Todo, do której ostatecznie nie dotarłam. Okazało się bowiem, że na mapie Google są dwa różne miejsca o tej samej nazwie, a ja wybrałam tę niewłaściwą. Więc najpierw jechałam niezliczoną ilością zakrętów przez wioski, gdzie dzieci non stop krzyczały za mną “hello miss” albo - co było mocno irytujące - money, money. Jak zawsze w azjatyckich krajach biały człowiek to po prostu chodzący portfel. Ale przynajmniej widoki były przepiękne.
![]() |
| Kurnik |
Potem, kiedy nawigacja kazała mi skręcić, a stan nawierzchni nie pozwalał mi wjechać na skuterze, skuter zostawiłam i udałam się pieszo niby do wioski, która niby miała być oddalona o jakieś 1,5km. Więc szłam najpierw drogą, potem wąską ścieżką, potem wzdłuż pól ryżowych, żeby zejść do lasu, wleźć w błoto prawie po kostki, potem wdrapać się na jakąś łąkę, żeby ostatecznie stwierdzić, że Google wyprowadził mnie w pole i to dosłownie. Porzuciłam więc plan wizyty w Todo, bo trzeba było już wracać do Ruteng, żeby zdążyć przed zmrokiem.
Sama miejscowość do uroczych nie należy, choć można od biedy jakiś urok w niej znaleźć. Spacerując po niej przed odjazdem robiłam na miejscowych mnie więcej takie wrażenie, jakie mógłby zrobić Masaj spacerujący w tradycyjnym stroju w środku Wrocławia. Ludzie mi się przyglądali, co drugi witał krzycząc “hello” albo pytając dokąd idę i co najmniej kilka osób prosiło mnie o wspólne zdjęcie. Jeśli to była rodzina, musiałam cierpliwie odczekać, aż zrobią sobie zdjęcia ze mną we wszystkich konfiguracjach: we trójkę, czwórkę, każdy z osobna. Tak więc jestem teraz pełna wyrozumiałości dla znanych ludzi z telewizji…
































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz