Wreszcie kulminacyjnym punktem programu był podwodny wodospad, a właściwie lot nad nim hydroplanem. Podwodny wodospad oczywiście nie istnieje- jest to jedynie złudzenie optyczne spowodowane różnicami w poziomie wody.



Lot był cudowny, widoki oszałamiały. W sumie 15-minutowy lot w zupełności wystarczy, ale przydałby się jeszcze jeden, żeby po pierwszym oszołomieniu móc się już naprawdę skupić na tych niesamowitych widokach. Przeszkodą jednak była nie tylko cena (149 euro), ale konieczność rezerwacji terminu właściwie z miesięcznym wyprzedzeniem.
Przed lotem pojechałam zobaczyć osławioną plażę w Le Morne. Ładna, ale plaża we Flic en Flac niczym jej nie ustępuje.



Ostatnie dni spędziłam na robieniu nic, czyli na przesiadywaniu na plaży, obserwowaniu ludzi, czytaniu książki - w sumie nie do końca takie nic. Wyspa jest tak mała, że aby swobodnie ją sobie zwiedzać, nie jest konieczne nieustanne zmienienie miejsc noclegowych. Wystarczy jedno. Dla mnie to Flic en Flac z plażą ciągnącą się przez 3 km. Oczywiście ładniejsza część plaży z malowniczymi palmami, czyściutkim piaseczkiem, oczyszczonym z glonów, kamieni, martwych kawałków rafy i śmieci, znajduje się przy resortach, gdzie cena za dobę sięga 600 euro za dobę, a cień palm zarezerwowany jest dla gości. Plaża publiczna pozbawiona jest palm, są za to są jakieś drzewa iglaste, które wyglądają przepięknie, ale ich nazwy nie byłam w stanie ustalić. Ten las, plaża i morze w porannym świetle wyglądają naprawdę bajecznie.
W weekend lasek zapełniony jest hordami ludzi - nie tylko turystów, ale przede wszystkim miejscowych rodzin, przyjaciół, znajomych. Siedzą w kręgach hinduskich, muzułmańskich i afrykańskich. Niektórzy mają po prostu koce, inni rozkładane krzesełka, bardziej zapobiegliwi namioty igloo dla ochrony przed słońcem. Wszyscy mają wielkie torby z jedzeniem i piciem na cały dzień. Siedzą, rozmawiają, śpiewają, grają na gitarach, bębnach albo wyciągają gigantyczne głośniki i puszczają wszelkiego rodzaju muzykę zaraz obok wielkiego billboardu zabraniającego głośnej muzyki pod groźbą mandatu.
Wzdłuż ulicy stoją budki z jedzeniem: głównie makaron albo ryż z warzywami lub zupa z klopsikami, małe samosy lub inne hinduskie snacki. Po drugiej stronie ulicy ciągną się restauracje i bary.
W tygodniu zasadniczo zmienia się tylko tyle, że ludzi i muzyki jest znacznie mniej, co nie oznacza, że nie ma ich wcale.
Zachód słońca jest tutaj codziennie nowym spektaklem, który ma zawsze widzów rozsiadających się na plaży i obserwujących niesamowite kolory nieba.
I tak tu sobie życie płynie.




















































