Wodospadów tu sporo, wszystkie wydają mi się mało dostępne z bliska. Do tych, na które trafiłam, trzeba było wybrać się na kilkugodzinny trekking, którego poziom do łatwych nie należy. Ale są punkty widokowe, czasami takie,że potrzebny przewodnik, żeby wskazał, w którym miejscu stanąć, żeby wodospady dojrzeć. Nie do wszystkich też walą tłumy turystów, więc miałam szczęście, że akurat, gdy szłam do tych tzw. punktów widokowych, podjechała taksówka z parą turystów. W życiu bym się nie domyśliła, że stamtąd można dojrzeć jakiś wodospad. Tym sposobem udało mi się zobaczyć wodospad 7 kaskad i wodospad Tamarind.



Gdzieś po drodze natrafiam na miejsce o nazwie Sophie Nature Walk. Po prostu park ze ścieżkami, mostkami i arboretum. Ładne miejsce.





Większość mieszkańców na Mauritiusie jest pochodzenia hinduskiego. Dlatego mają swoje (chyba) szczególne miejsce kultu o nazwie Ganga Talao Hall. Szczerze, dojechałam tylko do gigantycznych postaci hinduskich bogów i pojechałam dalej na południe.
Bo na południu była piękna plaża i najdalej wysunięty na południe punkt Mauritiusa. Dalej był już tylko ocean i Antarktyda.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz