środa, 29 lipca 2015

Florencja

Z rana, bo włoskim śniadanku pt. brioche i cappuccino  (w sumie po sytej kolacji  w Trattorii dal Biassanot nic dziwnego, że tak skromnie) w niedalekiej Pastizzerii AB na via del Porto (kolejny punkt gastronomiczny  w Bolonii godny polecenia, ze względu na wszystko ;)) pojechałyśmy do Florencji.
Jakkolwiek szybkie pociągi są we Włoszech dość drogie, ale warto ze względu na zaoszczędzony czas. Z Bolonii do Florencji podróż trwa teoretycznie 40 min. Dlaczego teoretycznie? Bo super nowoczesna kolej włoska też miewa przestoje. Tyle że nie w polu, jak to w Polsce bywa, ale w tunelu. Bo podróż pomiędzy tymi dwoma miastami odbywa się właściwie wyłącznie w tunelach. Tak więc jeśli ktoś ma nadzieję podziwiać toskańskie widoki, to cóż - nie na tej trasie.
We Florencji zwiedziłyśmy oczywiście sztandarowe miejsca: Katedrę Matki Boskiej Kwietnej (Santa Maria del Fiore), wieżę obok Katedry i Baptysterium. Wejście na wieżę kosztowało 10 euro, ale jak się okazało, bilet krył w sobie niespodziankę - zapewniał wejście również do Baptysterium.









Droga na wieżę była dłuuga, ale dla widoków dachów miasta warto było.











Baptysterium też niezwykłe - wystarczyło zagapić się na sufit, żeby zapomnieć o otaczającej niemałej ilości turystów.




Jednym z ważnych miejsc dla zwiedzających jest Bazylika św. Krzyża (di Santa Croce), ale wejście, kiedyś nieodpłatne, obecnie kosztuje 6 euro. Jeśli ktoś jest fanem grobów Machiavellego czy Dante Alighieri w dość surowej otoczce, bo wnętrze kościoła nie zawiera raczej walorów artystyczno-estetycznych - polecam.




Klasycznie znalazłyśmy jakąś mikroknajpę, w której zamówiłyśmy pizzę i proseco, które z wielkim bum (skierowanym na naszą prośbę na jedną z wielu chińskich wycieczek na znak protestu wobec potopu chińskiego) otworzył starszy pan barman. Chińska wycieczka w liczbie prawie niepoliczalnej przez chwilę zamarła w kompletnych bezruchu - widok bezcenny.










Swoją drogą, to określenie "potom chiński", który sobie właśnie wymyśliłam, w Europie (i nie tylko) wydaje się nie być wcale przesadą. Ilość skośnookich turystów (i nie są to Japończycy) we Florencji była zatrważająca. Podobnie jest w Laosie, który graniczy z Chinami, czy w Wietnamie, który na początku roku chińskiego przeżywa zalew Chińczyków. Chińczycy w wielu miastach na świecie mają swoje Chinatown: Bangkok, Singapur, Kuala Lumpur, Manila, Lima, Nowy Jork, Londyn, Paryż. Nie wspominając o ekspansji gospodarczej, zwłaszcza w Afryce.
Najbardziej liczny naród na świecie daje to w każdym razie światu odczuć ;)


Czy ktoś pamięta scenę z filmu "Shrek 2" z tekstem "Kłam, Pinokio, kłam!" ;)





poniedziałek, 27 lipca 2015

Bolonia

Cóż ja mogę napisać o Bolonii - że są tam bardzo tanie loty z Polski, Aerobus drogi (6 euro), jeździ do Dworca Centralnego. Stamtąd już blisko do centrum historycznego. Warto znaleźć sobie nocleg gdzieś w okolicach pomiędzy dworcem i centrum, bo pociągi - te z tych droższych - szybko przemieszczają się do innych miast (do Florencji w 40 min., do Werony - 50 min.).
Zwiedzanie samej Bolonii miało charakter kulinarno-degustacyjny. Pisząc o tym mieście mogę zatem tylko wskazać miejsca, gdzie można smacznie zjeść :)
Pierwszym takim miejscem jest w samym centrum cała uliczka knajpeczek, w których w godzinach obiadowo-popołudniowych można przysiąść na tzw. aperitivo italiano. Czyli kanapeczki, deski serów, wędlin i butelka wina. Najlepiej żeby było to wino miejscowe, to jest z regionu Emilia-Romagna - białe wino Pignoletto. Obowiązkowo mocno schłodzone. Jak się okazało, jest w wersji zarówno tradycyjnej, jak i lekko gazowanej (frizzante). A tym miejscem jest mała uliczka Via Pescherie Vecchie, na której znajdują się też sklepiki z gigantycznymi szynkami zwisającymi pod sufitem, olbrzymim wyborem parmezanu 18-, 24-, 30-letniego, z prawdziwą mozzarellą (mozzarella z Biedronki też jest dobra, ale to jeszcze nie to ;)).
Uliczka mała, ale w ciągu dnia są też stragany z warzywami, owocami i tzw. Mercato di Mezzo, gdzie można podobno całkiem nieźle zjeść. Niestety tego miejsca nie przetestowałyśmy, kierując się raczej sugestiami Fabrizii, od której wynajęłyśmy mieszkanie. W tym miejscu jest bowiem kilka mini knajpeczek godnych polecenia: polecana przez Fabrizię Zerocinquantino i przez nas  - Caffe del Mercato, gdzie późnym popołudniem wystarczy zamówić butelkę wina i za darmo raczyć się bruschettami, kanapeczkami, sałateczkami. Wszystko bardzo smaczne.










Kawę polecam w miejscu, o którym przeczytałam tutaj. Wprawdzie myśmy wypiły kawę w innej kawiarence, równie klimatycznej, jednak Camera a Sud jest w takim miejscu, które pozwala zgubić się w cichych uliczkach małej dzielnicy żydowskiej, gdzie turysta chyba raczej rzadko trafia.
Z tego miejsca blisko do - hmmm.... - Pizza Casa na Via delle Belle Arti, gdzie robią chyba najbardziej włoską i najsmaczniejszą pizzę, jaką jadłam do tej pory. Zamawia się jeden, gigantyczny rozmiar na super cienkim cieście. Acz wygląd miejsca może naprawdę zaskoczyć. Bo to nie wykwintna pizzeria - bardziej miejsce kupna pizzy na wynos, gdzie znajduje się piec, lada i parę wysokich stołków, na których można przycupnąć w oczekiwaniu na zamówienie. Nie ma też długiej listy rodzajów pizzy do wyboru, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w polskich pizzeriach. Raptem pięć czy sześć. Okolica przypominała Włochy z lat 50-tych - tak w każdym razie sobie je wyobrażam. A w niektórych zaułkach można znaleźć przykłady sztuki ulicznej...

 






A na kolację... To była rozpusta, ale warto było. Trattoria dal Biassanot na via Piella, polecana przez Fabrizię. To, że miejsce godne polecenia, można było już wywieść po ilości ludzi i konieczności zrobienia rezerwacji stolika. Spróbowałyśmy tam chyba prawie wszystkiego, zamawiając po kolei przystawki, gnocchi, mięsa, deserki i obowiązkowo wino. Co istotne, obowiązkowo każdy zamawia butelkę wody. Kelner nawet nas specjalnie nie pytał, czy ją chcemy, bo było to oczywiste.
W Trattorii dal Biassanot żywiłyśmy się trzy wieczory z rzędu, z tą różnicą, że co wieczór zamawiałyśmy mniej. W ostatni zatrzymałyśmy się na samych przystawkach, po których od razu zamówiłyśmy deser. Nie powiem, po powrocie z Włoch byłam przekonana, że waga łazienkowa chyba coś świruje. 


Bolonia to nie tylko wino i włoskie kulinaria. To też miasto dwóch krzywych wież (nieco innych niż ta w Pizie), Neptuna górującego na Piazza Maggiore i arkad, które, jeśliby je połączyć, ciągnęłyby się przez około 40 km.







Dla rowerzystów też dobra wiadomość - to miasto stworzone dla nich.



To przejście dla pieszych stało się moim ulubionym od pierwszego wejrzenia ;)



I tak to wygląda, jakbyśmy we Włoszech zwiedzały tylko punkty gastronomiczne, a to nieprawda ;)