wtorek, 11 listopada 2025

Mauritius, cz. 2. Północ

Pierwszym ministrem suwerennego Mauritiusa od 1968 r. był Sir Seewoosagur Ramgoolam. Nie wiem jak się wymawia. W każdym razie ten pan jest uznawany za ojca tutejszego narodu. Jego wizerunek jest na monetach  wszystkich możliwych nominałów i na banknocie o najwyższej wartości - oznacza to, że pan w historii kraju jest bardzo ceniony.

Jego imieniem nazwany też został ogród botaniczny, który tak naprawdę w obecnym kształcie funkcjonuje już od 1770 r.

Jest tam podobno ponad 1000 gatunków roślin, mają tam swoją zagrodę żółwie, a zaraz obok jelenie. Dość intrygującą konfiguracja…

Jest też alejka z drzewkami posadzonymi z mniej lub bardziej znanymi osobistościami. Chyba najbardziej znanymi nazwiskami były Kofi Annan i Nelson Mandela. Drzewka obu panów nieźle się przyjęły, co nie było w tej alejce takie oczywiste sądząc po innych okazach. 


Niedaleko ogrodu, jakieś kilka kilometrów, jest posiadłość, która przypomina domy z filmów o wojnie secesyjnej w Stanach - Château de Labourdonnais. Prominenta postać na Mauritiusie, Christian Wiehe, rozpoczął jej budowę w połowie XIX w. 

Zwiedzając dom można obejrzeć film, z jaką pieczołowitością był poddany gruntownej renowacji, bo w sumie jest to taka jedyna neoklasyczna budowla na wyspie.

Obok domu założony został wielki ogród z warzywami i przyprawami. Jest też zagroda, którą obecnie zajmują kozy, kury, gęsi i… żółwie. 

Zwiedzanie za jakieś 70 zł obejmuje ogrody, posiadłość i degustację soków i różnego sortu rumu. 


Na koniec dnia pojechałam zobaczyć plaże na północy, które miały zachwycać urodą. Być może nie na te plaże trafiłam. W każdym razie widok horyzontu przesłaniały liczne łodzie, plaży niewiele, zbyt dużo ludzi, głośno i duże korki. Zobaczyłam tylko miejscowe Notre Dame i uciekłam.

poniedziałek, 10 listopada 2025

Mauritius, cz. 1

Ta mała wysepka jest tak mała, że w godzinę można przejechać samochodem z jednego końca wyspy na drugi. Widoki podczas lądowania przypominają Nibylandię z bajki o Piotrusiu Panu. 

A jest to, okazuje się, ostatnia kolonia Królestwa Brytyjskiego, która odzyskała niepodległość dopiero w 1968 r., czyli właściwie całkiem niedawno. Do Republiki Mauritius należą jeszcze wysepki oddalone od głównej wyspy o setki kilometrów. Zasadniczo należy do tego państwa również Archipelag Czagos - mikro wysepki w rozlokowane w atolach, oddalone od Mauritiusa o 2000 km. Są one tak bardzo oddalone od wszystkiego i są tak mikroskopijne na wielkim Oceanie Indyjskim, że zwykły śmiertelnik nawet nie ma pojęcia o ich istnieniu. A są i są kością niezgody z szanownym Królestwem Brytyjskim, które ten archipelag sobie zawładnął pod bazę wojskową i nadal na mapie google jest oznaczony jako Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego. Pomimo różnych rezolucji, aktów potępień, Królestwo jest głuche i dalej sobie włada tym terytorium. A piszę o tym, bo na Mauritius w latach ‘70 zeszłego wieku zostali stamtąd wysiedleni przymusem rdzenni mieszkańcy. Około 1500 ludzi przetransportowano w mało humanitarnych warunkach na wyspę główną, kazali wziąć tylko jedną małą walizkę i pozostawić cały dobytek, łącznie ze zwierzętami domowymi, głównie psami. Co zrobili z tymi zwierzakami, oszczędzę szczegółów. Przypominam, że piszę o latach ‘70 XX w. Ludzie, którzy się tam urodzili i zostali  wyrugowani, żyją do dziś. Najbardziej jest znana Madame Elysé, która stała się aktywistką na rzecz prawa do powrotu do korzeni. 

Tak więc kreolska ludność z archipelagu Czagos osiadła na Mauritiusie. Ale nie tylko. Jest tutaj tygiel kulturowo-rasowy, który przez lata zdążył się już wymieszać. Są ludzie z wyraźnie hinduskimi korzeniami, z muzułmańskimi i chińskimi. Oczywiście w Port Louis, stolicy Mauritiusa, jest wyraźnie zaznaczone chińskie terytorium- Chinatown. Są też potomkowie przybyłych tutaj ludzi w Afryki kontynentalnej. 

Są świątynie hinduskie, meczety i kościoły katolickie. I wszyscy żyją w symbiozie, nikt sobie nie przeszkadza. Byłam też zaskoczona jak liberalni są tutaj muzułmanie - kiedy weszłam do meczetu albo raczej miejsca kultu, bo było też tam miejsce do obmywania nóg i byli tam sami mężczyźni, zostałam zachęcona do wejścia, rozejrzenia się, mogłam też swobodnie robić zdjęcia.

Mówi się tutaj głównie po kreolsku i francusku, ale prawie każdy mówi też po angielsku. W sumie, patrząc historycznie, jest to dość zastanawiające, dlaczego właśnie francuski się tutaj bardziej zakorzenił. 

Mauritius był najpierw pod panowaniem Portugalii, następnie Holendrów, potem dopiero przejęty przez Francuzów. Ale w 1810 r., kiedy Napoleon powoli musiał się poddać i przy okazji zrzec się swoich kolonii, Królestwo Brytyjskie przejęło m.in. Mauritius. I dopiero w 1968 r. wypuściło z rąk wyspę. Stąd właśnie te wszystkie umiejętności językowe Mauretańczyków. I tyle. 

Stolica, Port Louis, nie jest zbyt piękna, ale przez ten tygiel różnorodności zyskuje. Warto poświęcić jeden dzień i zapuścić się w uliczki, przejść przez Chinatown, pójść na główny bazar i wdrapać się na Cytadelę skąd jest całkiem przyzwoity widok na miasto.