poniedziałek, 8 maja 2017

Manhattan z góry

Nie planowałam wjeżdżać na Observatory Desk w One World Trade Center, czyli inczej Liberty Tower, wybudowanej w miejscu dwóch wież WTC. Ale tak się jakoś złożyło - miałam czas, akurat znalazłam się na Dolnym Manhattanie, więc dlaczego nie...
Wejście jest jakkolwiek mało skomplikowane, jednak czasochłonne. Bramki z kontrolą osobistą, bilety, wjazd na górę.
Wnętrze wieży jest dość minimalistyczne - jest biało, prawie sterylnie. Już sam wjazd windą na Observatory Desk robi wrażenie - wszystkie ściany to faktycznie ekrany, na których wyświetlany jest obraz Manhattanu. Wznosząc się, ma się w  rażenie, że winda jest całkowicie na zewnątrz. Trudno to opisać. Jeszcze trudniej opisać przejście z windy na piętro widokowe. Wszędzie są kwadratowe ekrany, na których wyświetlane są obrazy starego WTC, budowy, wypowiedzi rożnych ludzi - jest to w każdym razie niesamowity multimedialny spektakl. Następnie pracownicy ustawiają grupę z jednej windy wzdłuż ekranu, na którym wyświetlają film z życiem Nowego Jorku, żeby ostatecznie ekran wzniósł się w górę, a naszym oczom roztoczył się prawdziwy widok na Manhattan. 







Po tym całym wstępie wreszcie można udać się na Desk i podziwiać widoki Nowego Jorku. Niemniej jednak powiem tak: warto, ale nie jest to tak piorunujące wrażenie jak z Rockefeller Center. Observatory Desk jest tak wysoko, że Manhattan wydaje się płaski, a przecież wznoszą się na nim niesamowite wieżowce z jeszcze bardziej niesamowitą historią. Polecam każdemu przeczytanie książki Magdaleny Rittenhouse, która w jednym z rozdziałów opisała historię powstania poszczególnych wieżowców, zwłaszcza Chryslera i Empire State Building. 








Jeśli chciałby ktoś zobaczyć Manhattan z góry (a raczej każdy chce), a nie bardzo uśmiecha mu się zapłacić około 300 dolarów za przelot helikopterem (tyle kosztuje godzina przejażdżki, o ile mnie pamięć nie myli), nie polecam Empire State Building, bo dużo fajniej zobaczyć oświetlony szczyt tego wieżowca. A najlepszy widok na ten budynek, na One World Trade Center, wielką zieloną plamę Central Parku i ogólnie na cały Manhattan, moim zdaniem, rozpościera się z dachu Rockefeller Center, czyli Top of The Rock. 
















Warto kupić bilet z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem na konkretną godzinę. Będąc w Nowym Jorku pod koniec maja, kupiłam bilet na godzinę 19.30. Dlaczego? Bo jeszcze było jasno, słońce wprawdzie zmierzało ku zachodowi, ale jeszcze było na tyle wysoko, żeby można było zobaczyć cały Manhattan, w tym Central Park w pełnej okazałości. Pozostanie do 21 zapewnia widoki niezapomniane: zachód słońca, zapadający zmierzch i rozświetlające się stopniowo budynki. No i oczywiście Empire State Building. Po zmroku nie ma nawet już co zaglądać na drugą stronę, czyli na Central Park, bo w tym miejscu jest już tylko wielka, czarna plama. 
Udając się na Top of The Rock warto się zaopatrzyć w tzw. bilet łączony. Jest dostępny w różnych konfiguracjach. Ja nabyłam za 45 USD łączony ze wstępem do MoMA, czyli Museum of Modern Art. 




Wjazd windą, jak zawsze w miejscach tak bardzo spektakularnych, już sam w sobie był przygodą - sufit był przezroczysty, a szyb, którym brnęła winda, oświetlony. 
I niespodzianka - są trzy tarasy, ale niestety wcale nie jest powiedziane, że wtedy tłum ludzi jakoś się podzieli przestrzenią. Bo ludzi było mnóstwo. O ile jeszcze w świetle dziennym towarzystwo rozkładało się na obie strony - to jest od strony Central Parku i Empire State Building, o tyle już po zmierzchu wszyscy przykleili się na stronę z tym lepszym widokiem - Central Park był już czarną plamą. 













 

Opuszczając Top of the Rock, kolejny raz podziwiałam organizację i dyscyplinę, jaką potrafią wprowadzić Amerykanie w miejscach szczególnie zatłoczonych. Windy są tam dwie, ludzi dużo. Kilka osób nawoływało, aby ustawiać się w jednej kolejce po dwie osoby, jeden za drugim. Kolejne dwie osoby limitował liczbę osób wsiadających do wind. Szybko, sprawnie, bez problemu. Da się? Da się.


niedziela, 6 listopada 2016

Muzea Nowego Jorku

Jest ich sporo, co jest powszechnie wiadome. Na tydzień pobytu wybrałam trzy: Metropolitan Museum of Art, czyli MET, Muzeum Historii Naturalnej, które "wystąpiło" w niejednym amerykańskim filmie i słynną MoMa. Na każde muzeum trzeba zarezerwować dobre kilka godzin. Co ważne, za wstęp do dwóch pierwszych muzeów płaci się co łaska, czyli można nawet ograniczyć się do dolara, natomiast cena sugerowana to 25USD. Przygotowując budżet na muzeum trzeba się liczyć z tym, że na stanowisku, gdzie wydawane są bilety, trzeba prosto w twarz powiedzieć osobie obsługującej jaką kwotę zamierza się uiścić. Trochę głupio powiedzieć "one dollar" ;) Do MoMa kupiłam tak zwany bilet combo, to jest łącznie ze wstępem na Top of the Rock.
W MET spędziłam chyba ze 4 godziny, obejrzałam prawie wszystko, ale czułam się już znużona. To miejsce to jakby wszystkie muzea świata w pigułce albo raczej w sporej pigule, bo można tu pokonać ładnych kilka kilometrów przemierzając kolejne pomieszczenia. 
Najwięcej czasu spędziłam chyba na wystawie czasowej, poświęconej roli postępującej technologii w modzie. Można było z bliska przyjrzeć się sukienkom i "sukienkom" od najbardziej znanych projektantów na świecie, wykonanym przy użyciu najnowszych wynalazków technologicznych właściwych dla różnych czasów, od lat 50-tych po dzień dzisiejszy. Okazy były niezwykłe, czasem niezwykle misterne, czasem szokujące, najbardziej chyba te wykonane drukarką 3D. Przy niektórych sukienkach puszczane były krótkie filmy, jak zostały wykonane.
MET zgromadzone są też obrazy wielkich malarzy, aczkolwiek nie mam pojęcia, dlaczego akurat Cezanne się do nich zalicza, bo takie obrazki potrafią robić 8-latki. Co innego Van Gogh, którego powszechnie znany portret z odciętym uchem, który jest wielkości zeszytu A5, właśnie tam się znajduje, umieszczony na podeście pod kopułką z szyb pancernych. 






  


















Muzeum Historii Naturalnej, w mojej ocenie, jakkolwiek jest super ciekawe, to w niektórych miejscach trochę trąci już myszką, zwłaszcza sale poświęcone zwierzętom poszczególnych kontynentów. Niesamowite za to były sale o powstaniu świata, seans w zamkniętej kapsule, której odtwarzano wielki wybuch, sale z meteorytami i minerałami. No i oczywiście znane z filmów gigantyczne szkielety dinozaurów w skali 1:1.





 

 


Za to MoMa... To było przeżycie. Fakt, było tam malarstwo tych samym wielkich malarzy, co w MET, ale były tam też okazy, które kwalifikowane były jako dzieła sztuki wyłącznie umownie. Bo co można myśleć innego o gigantycznym czerwonym materiale z trzema kolorowymi paskami albo trzech ramach o różnych kolorach...
Gdybym miała zrezygnować z któregoś z muzeów, to byłby to MET, a w jego miejsce w swoim programie zwiedzania Nowego Jorku umieściłaby Whitney Museum of American Art, które jest trochę w klimacie MoMa. 

















Lekcja 


Monet





Gówno zamknięte w puszce opatrzonej podpisem artysty? To też sztuka... 







Nie trzeba zrobić zbyt wiele, żeby stało się sztuką :)



Dziedziniec MoMa