sobota, 10 stycznia 2026

Bajawa

 Z Ruteng do Bajawa to ponad 130 km, ale oczywiście droga kręta, a ostatnie 40 km kręte wybitnie. Miejscowi nazywają taką drogę “spaghetti road”, a moja grecka towarzyszka podróży przez raptem 2 dni - drogą zaprojektowaną przez wyjątkowo pijanego architekta. Na dokładkę kierowca wydawał się być przekonany, że mamy wszyscy po kilka żyć. Woreczki foliowe były wszędzie gotowe do użytku, a ja na wszelki wypadek przed samą podróżą nic nie jadłam. 




Gdzieś na rozdrożu kierowca się zatrzymał, otworzył drzwi busa i zwrócił się do mnie tylko “miss” (dobrze, że nie “mister” jak większość tutaj) pokazując, że zaprasza do wyjścia. Okazało się, że w przypadku Bajawa już tak miło nie jest i nie podwozi się pod drzwi hotelu. Od razu jednak wyrósł przede mną pan z pytaniem, czy chcę ojek (tak nazywany jest taxi-skuter w Indonezji). Do tego momentu cały czas się zastanawiałam, czy oni nie mają rozumu, żeby mi z moją wielką torbą na kółkach, plecakiem i torbą proponować podwózkę na skuterze. Ale pan mi udowodnił, że te propozycje nie były bezpodstawne. Swoją drogą już kiedyś miałam podobną podwózkę w Kolumbii motocyklem. Tak za całe 4 złote zostałam podwieziona pod same drzwi hotelu.

Okolice Bajawa są urocze, z malowniczymi, wąskimi drogami, przez wioski i lasy z gigantycznymi bambusami. 

W pierwszy dzień pobytu, a był to Sylwester, koleżanka Greczynka zaproponowała wspólny wypad do gorących źródeł. Wspólny wypad polegał na tym, że ja potrafię jeździć na skuterze, ona nie, więc robiłam za kierowcę i podzieliłyśmy się kosztami za skuter. 


 


Gorące źródła były niebywale relaksującym doświadczeniem - w 30-stopniowym upale można było dogrzać się w 36-stopniowej wodzie i czuć jak wybija się z ziemi. Jeszcze bardziej niezwykłym przeżyciem było wejście pod gorący wodospad. 

Przesiedziałyśmy tu i tam tak długo, aż palce dłoni zamieniły się w rodzynki. 

W drodze powrotnej zahaczyłyśmy o przydrożną knajpkę z widokiem na lotnisko (które być może zwykle jest czynne, ale akurat nie w tym dniu), postałyśmy pod jakimś zadaszeniem, żeby przeczekać gorący deszcz monsunowy, pokręciłyśmy się po wioseczkach, odpowiadając na nieustanne pozdrowienia dla białych kobiet na skuterze “hello, mister” dokładnie takimi samymi słowami.




Na koniec wycieczki pojechałyśmy zobaczyć jeden z wyższych wodospadów w okolicy. Przy okazji podziwiałyśmy dzieciaki grające w wysokiej trawie w piłkę na boso. Bo zasadniczo wszyscy chodzą tu w klapkach, które w graniu w piłkę tylko przeszkadzają. Tak więc dzieci, trochę starsze dzieci, wszyscy grają w piłkę - bo to główna zabawa tutaj - na boso, niezależnie na jakiej nawierzchni - błoto, beton trawa, bez znaczenia. 




Plan na Sylwestra był taki, że pochodzimy po miasteczku, rozejrzymy, kto i gdzie jak się bawi i ewentualnie dołączymy. Ale gorące źródła z nas wyciągnęły tyle energii, że jedyne,  co byłyśmy w stanie, to popatrzeć na fajerwerki, które wystrzeliwane były regularnie przez godzinę. 

Następnego dnia, żeby nowy rok dobrze zacząć, wybrałam się na wycieczkę po pobliskich wioskach plemiennych. Zaczęłam od położonej najdalej wioski Tololela. Okazało się, że jakieś 2 km przed wioską droga była jak dla mnie nie do pokonania na skuterze (ale tylko dla mnie, bo oczywiście miejscowi śmigali jak złoto po dwie dorosłe osoby na jednym skuterze). Zostawiłam więc skuter we wiosce przy - powiedzmy - głównej drodze i w strumieniach potu poszłam w górę. Mapa Google pierwotnie pokazywała 850m, potem okazało się, że sama dobrze drogi nie znała. W każdym razie droga była jedna i do Tololela się jakoś wdrapałam. 



Wioska cicha i autentyczna. Trzeba było wpisać się do rejestru i zadeklarować kwotę datku, który należało zostawić w skrzyneczce obok rejestru. Z wpisów w rejestrze można było stwierdzić, że wioskę odwiedzała jedna, dwie osoby na dzień. 



Przywitała mnie jakaś pani, pokazała rejestr i zapytała na migi, czy przyjechałam na “moto”. Kiedy pokazałam jej, że przyszłam na nóżkach, zrobiła mi słodkiej jak szlak herbaty, poczęstowała słodkimi rogalikami i tak sobie siedziałam przez jakieś 20 minut z nią, jej córeczką i dwiema staruszkami na ganku, wśród ciszy wioseczki, która wydawała się zapomniana przez świat.



Na środku wioski można było zobaczyć groby zmarłych członków rodziny. Bo w sumie na Flores taki był zwyczaj- groby były i w sumie są nadal przed domami, obłożone kafelkami, takimi prosto z łazienki. Obecnie władze zabraniają takiego pochówku w obawie o rozprzestrzenianie się niechcianych chorób czy epidemii. Niemniej groby powstałe przed zakazem nadal można zauważyć tu i ówdzie, nie tylko w wioskach takich, jak Tololela. 



Suszące się kawałki kokosa. Na środku placu. Po prostu. 

Potem pomaszerowałam w dół, co oczywiście było znacznie łatwiejsze i mniej okupione potem niż wchodzenie. 

Parę kroków od miejsca, gdzie porzuciłam skuter, była druga wioska, Gurusina, w której też toczyło się normalne życie, tyle że było ono nieco bardziej tętniące niż na górze. 

Wreszcie na koniec zostawiłam wioskę najbardzej znaną i popularną, odartą z autentyczności i prawie że w ogóle niezamieszkałą. Przed domami wywieszone były tylko na sprzedaż tkaniny tkane przez miejscowe kobiety i ręcznie robione bransoletki. Wioska niby malownicza, ale niespecjalnie urzekająca. 






Wszystkie te wioski co do zasady są zamieszkałe przez plemię Ngada. Wioski są rozmieszczone wokół centralnych placów, na których znajdują się Ngadhu (totemy symbolizujące męskich przodków) i Bhaga (miniaturowe chatki symbolizujące żeńskie przodkinie) - wyciągnięte z Google. 

Domy mają charakterystyczne dachy, wykonane  - jak na załączonych zdjęciach - z materiałów naturalnych. Styl nazywany jest Rumak Adar. Kształt dachów został zachowany również w nowo wybudowanych domach, które już oczywiście budowane są z cegły i blachy cynkowej.



I ostatnim punktem programu chyba dla każdego turysty (dla miejscowych wszyscy jesteśmy turystami) jest knajpka o nazwie Heaven’s Door (Bramy Nieba). Zjadłam tam pyszną zupę dyniową (choć moja chyba lepsza), ale to, co przyciąga wszystkich do tego miejsca, to widok, jaki rozpościera się z tarasu. 


I wróciłam sobie znów wioseczkami, pozdrawiana nieustannie przez miejscowych “hello mister”, gdzieś podpity nastolatek z kolegami mnie zatrzymali, żeby sobie zrobić ze mną zdjęcie. Przejechałam przez przecudny las bambusowy, żeby zakończyć tę wycieczkę szczęśliwie pod hotelem. 


sobota, 3 stycznia 2026

Ruteng

 Leży jakieś 125 km wgłąb Flores. Dostałam się tutaj, powiedzmy, trochę bardziej luksusowym transportem publicznym o nazwie Gunung Mas. Taki trochę FlixBus, tyle że jest to mały busik, który przyjeżdża i odwozi pod sam hotel. A dystans ponad 120 km pokonuje się 4 godziny. I nie z powodu korków, tylko przez mocno krętą drogę która ciągnie się przez całą wyspę, od Labuan Bajo aż do Maumere albo i jeszcze dalej. Tym samym samochód bezpiecznie może poruszać się ze średnią prędkością 30 km/h, choć później się przekonałam, że da się szybciej… Kierowca na wszelki wypadek ma pod ręką zapas woreczków plastikowych dla pasażerów w razie choroby lokomocyjnej. Kilku z nich zresztą (miejscowych, bo byłam jedyną turystką w busie) takich woreczków potrzebowało. Na całe szczęście ja zostałam usadzona w przednim rzędzie, stąd przypuszczam, że tylko dlatego mnie żołądek oszczędził. 


Punkt sprzedaży benzyny 

Droga prowadziła przez wioski, w których robione było niedzielne, zbiorowe pranie, rozwieszane na wszystkich przydrożnych żywopłotach, płotach i kamieniach. 

W Ruteng okazało się, że mój pokój był w normalnym domu rodzinnym i wchodziło się do niego po prostu z salonu, w którym urzędowali sobie gospodarze, ich córka i ich goście ( syn studiuje w zachodniej Jawie). Gospodarz Ricardo okazał się być bardzo obrotnym biznesmenem, który potrafił załatwić wszystko: przejazdy do kolejnych miejscowości,  pranie, wycieczki po okolicy. Sam zresztą też robił za przewodnika. Wyjątkowo z żoną troszczyli się o czystość wokół obejścia domu i namawiali do tego miejscowych (przynajmniej tak mi mówiła pani gospodyni, żona Ricardo).

Od nich też wypożyczyłam skuter i ruszyłam obejrzeć tzw. Spiderweb fields, czyli pola ryżowe przypinające z góry pajęczyny. 

Po drodze gdzieś wzdłuż drogi trafiłam na miejscowy targ, który stanowi chyba codzienny pejzaż i po raz pierwszy zderzyłam się z tym jak kompletnie niehumanitarnie traktowane są kury. Dla Indonezyjczyków to nie żywe stworzenia, które też czują ból. Kury są żywcem, nawet bez ich ogłuszania, trzymane za nogi głową w dół, zawiązywane za nogi na dachu samochodu, na klapie bagażnika albo gdzieś z tyłu skutera i tak transportowane. Zdjęć poglądowych brak z oczywistych powodów. 

Wejście na punkt widokowy na pola ryżowe było dość interesujące: wjeżdżało się w podwórko z jakąś budą zbitą z desek, gdzie przywitał mnie jakiś gość, skasował 25 tys rupii (ok 1,5 dolara), dał kij do podpierania i pokazał schody wyżłobione w ziemi. Powiedział tylko, że na samej górze mam skręcić w lewo i całe szczęście, że dał tę wskazówkę, bo ominąłby mnie widok pełnej panoramy. 



Późnej za sugestią mojego gospodarza wybrałam się w kierunku wioski plemiennej Todo, do której ostatecznie nie dotarłam. Okazało się bowiem, że na mapie Google są dwa różne miejsca o tej samej nazwie, a ja wybrałam tę niewłaściwą. Więc najpierw jechałam niezliczoną ilością zakrętów przez wioski, gdzie dzieci non stop krzyczały za mną “hello miss” albo - co było mocno irytujące - money, money. Jak zawsze w azjatyckich krajach biały człowiek to po prostu chodzący portfel. Ale przynajmniej widoki były przepiękne.


Kurnik 




 Potem, kiedy nawigacja kazała mi skręcić, a stan nawierzchni nie pozwalał mi wjechać na skuterze, skuter zostawiłam i udałam się pieszo niby do wioski, która niby miała być oddalona o jakieś 1,5km. Więc szłam najpierw drogą, potem wąską ścieżką, potem wzdłuż pól ryżowych, żeby zejść do lasu, wleźć w błoto prawie po kostki, potem wdrapać się na jakąś łąkę, żeby ostatecznie stwierdzić, że Google wyprowadził mnie w pole i to dosłownie. Porzuciłam więc plan wizyty w Todo, bo trzeba było już wracać do Ruteng, żeby zdążyć przed zmrokiem. 


Sama miejscowość do uroczych nie należy, choć można od biedy jakiś urok w niej znaleźć. Spacerując po niej przed odjazdem robiłam na miejscowych mnie więcej takie wrażenie, jakie mógłby zrobić Masaj spacerujący w tradycyjnym stroju w środku Wrocławia. Ludzie mi się przyglądali, co drugi witał krzycząc “hello” albo pytając dokąd idę i co najmniej kilka osób prosiło mnie o wspólne zdjęcie. Jeśli to była rodzina, musiałam cierpliwie odczekać, aż zrobią sobie zdjęcia ze mną we wszystkich konfiguracjach: we trójkę, czwórkę, każdy z osobna. Tak więc jestem teraz pełna wyrozumiałości dla znanych ludzi z telewizji…