poniedziałek, 6 czerwca 2016

Waitomo-Rotorua

W Waitomo są jaskinie... Chodzi się w nich po podłogach wyłożonych płytkami i ogląda stalaktyty i stalagmity. Obecności stalagnatów nie odnotowałam. W każdym razie jaskinie w Ojcowskim Parku Narodowym albo w Morawskim Krasie zdecydowanie są bardziej imponujące. 
To, co jednak robi wrażenie w jaskiniach w Waitomo - a przynajmniej w tej jaskini, w której ja byłam - to świetliki. Mnóstwo świetlików wiszących na sklepieniu. 
Po obejrzeniu mniej atrakcyjnej części jaskini schodzi się schodkami do podziemnej rzeki, żeby wsiąść do łodzi i w egipskich ciemnościach obserwować to niezwykłe zjawisko. Podobno świetlik im bardziej głodny, tym bardziej świeci. Na moje oko te robaczki były ani głodne, ani najedzone. 
Widząc ich skupiska na sklepieniu,odnosiłam wrażenie, że patrzę przez niezwykle misterny witraż, przez który próbuje się przebić światło dzienne.
Wygląda to mniej więcej tak (wersja bardziej głodna):



Ostatecznie łódka wypłynęła nagle na zewnątrz jakimś tajnym wyjściem -tak sobie przynajmniej wmówiłam, żeby nadać jaskiniowej wycieczce, której towarzyszyło wszędobylskie kłapanie dziobami Chińczyków, choć odrobinę mistycyzmu...
Tak, tak, Chińczycy są wszędzie, w ilości nieskończonej i na pewno nas zaleją sami sobą, nie tylko chińskimi produktami...
Z Waitomo kierunek Rotorua, czyli gorące źródła, baseny z wodą o subtelnym zapachu zgniłego jaja.
Rotorua to podobno centrum kultury maoryskiej. Dlatego też to, co trzeba tam przeżyć, to niezwykły wieczór maoryski. Wiem, że to kicz i cepelia robiona pod turystów, ale jakże miła :) 
Był pokaz na świeżym powietrzu, potem na widowni pod namiotem, potem kolacja, a na samym końcu nocne łażenie po lesie i poznawanie drzew. Tego ostatniego elementu całego wieczoru nie bardzo rozumiałam w kontekście tematyki maoryskiej.




Taniec wojenny haka robi na mnie niezmiennie wrażenie..




Rotorua To też miejsce zjawisk geotermalnych - stąd unoszący się wszędzie zapach siarkowodoru.
Nieopodal miasta znajduje się park geotermalny Wai-O-Tapu - obszar dymiących i kolorowych jeziorek. Może to mało fachowo fachowy opis, ale tak to właśnie wygląda. Niesamowite to miejsce, ale... No właśnie jest "ale". Byłam w Yellowstone. Po tym parku Wai-O-Tapu nie zrobiło na mnie już takiego wrażenia, jakie pewnie by zrobiło, gdybym widziała coś takiego po raz pierwszy w życiu. 








Jest też gejzer, a właściwie gejzerek i to nieprawdziwy - Lady Knox. Tak naprawdę staje się gejzerem, gdy pracownik parku ku radości wypełnionej po brzegi widowni wrzuci w dziurę w kopcu mydło. Pod jego wpływem woda strzela w górę na ładnych kilka metrów. 
Tak naprawdę ciekawsza jest reakcja ludzi zgromadzonych wokół gejzerka - trochę jak stado surykatek ;)




czwartek, 12 maja 2016

Hobbiton

Nie wiem, jak inni sobie wyobrażali Hobbiton, bo ja miałam obawy, że będzie to parę hobbitowych domeczków w jakiejś lokalizacji obdartej z magii, z mnóstwem sklepików, stoisk targowych lub coś w tym stylu, z tandetnymi gadżetami związanymi z "Władcą Pierścieni", oblepionych nieludzką liczbą turystów.
Okazało się, że Nowozelandczycy potrafią zrobić z filmowego miejsca atrakcję turystyczną z klasą.
Przede wszystkim do Hobbitonu trzeba było zrobić rezerwacje, bo dzienna liczba zwiedzających jest ograniczona. Bilet wstępu kosztuje 78 czy 79 dolarów nowozelandzkich (1 dolar= około 2,70 zł), czyli niemało. Kupuje się go w visitor center w jakimś odległym miejscu. Zresztą w Nowej Zelandii wszystkie miejsca (poza większymi miastami) wydają się odległe. Przy visitor center jest sklep z cudnymi pamiątkami. A za budynkiem parking ze stojącymi jeden obok drugiego zielonymi autobusami. 




Każdy autobus to jedna grupa przypisana do swojego przewodnika, którego zadaniem jest oprowadzić bo krainie hobbitów, opowiedzieć ciekawostki z planu filmowego i zdyscyplinować swoich podopiecznych, żeby trzymali się wytyczonych ścieżek.
Bo Hobbiton to prawdziwa, magiczna kraina, położona zupełnie na końcu niczego, w miejscu jeszcze bardziej odległym niż visitor center. To domeczki na wzgórzu z wypieszczonymi obejściami, kominami wystającymi z trawy, z rosnącymi wokół kwiatami, wyhodowanymi dyniami. Ze stawem pośrodku i praniem łopoczącym na wietrze. 
To położona w oddali gospoda, gdzie prawie już na samym końcu około 2-godzinnego zwiedzania można rozsiąść się przy drewnianych stołach w środku albo na zewnątrz i popijać zimnego cydra z glinianych kubków.