niedziela, 20 marca 2022

Park Tayrona i Palomino

Park Narodowy Tayrona leży na wybrzeżu, ale i tak, zanim dotrze się na plażę Cabo San Juan, która jest najbardziej oblegana, trzeba przejść jakieś 2 godziny wspinając się w górę i w dół. Ten dwugodzinny spacer, jeśli wybierze się wejście główne Zaino, trzeba zrobić w towarzystwie całej procesji ludzi pędzących na plażę. I chociaż w oczekiwaniu w kolejce do kas pani tłucze wszystkim do głowy zasady parku, dotyczące m.in. nieśmiecenia, po drodze po 8 rano można już dostrzec świeżo zatknięte między gałęziami puszki po piwie. Oczywiście są też plastikowe butelki. Park jest piękny, tylko ci ludzie... Mogłam wybrać mniej uczęszczane wejście, Calabazo, ale obawiałam się, że 4 godziny, bo tyle trwa stamtąd spacer do tej samej plaży, może być nie do przetrwania w tym upale. Tym bardziej, że ten szlak podobno jest bardziej wymagający. Ale może, jak tam kiedyś wrócę, a myślę, że wrócę, zrobię tę trasę.
Przy plaży Cabo San Juan, jest cała infrastruktura: restauracja, toalety, hamaki i całe szeregi namiotów igloo, które razem z hamakami są wynajmowane na noclegi. Tak, hamaki są tutaj traktowane trochę jak łóżka w dormitorium. Wielu właśnie ludzi, zostawiając duży bagaż przy wejściu do parku, z małymi plecakami kieruje się na plażę, żeby tam spędzić noc. Rozmawiając z parą Francuzów odniosłam wrażenie, że to wręcz punt honoru każdego podróżnika odwiedzającego Tayrona. No cóż, ja ten honor sobie odpuściłam. 
W drodze do plaż można spotkać Indian Kogi, którzy zamieszkują tamte tereny. W sumie można ich spotkać wszędzie, nawet w autobusie, bo przecież też jeżdżą do Santa Marta na zakupy w tym swoich białych ubraniach, z przewieszonymi przez ramię dzierganymi torbami. Ale w anturażu Parku Tayrona robią zdecydowanie większe wrażenie, zwłaszcza, gdy siedzą w większym skupisku, rodzinami i zapraszają do kupna kokosa, żeby ugasić pragnienie w tym upale. 

























A potem był już tylko odpoczynek w Palomino, w małej wiosce, której ani jedna droga nie jest skażona asfaltem, a dziury są niemiłosierne dla podwozia, zdominowanej przez hotele, hoteliki, hosteliki. Największy ruch jest na drodze głównej, która jest główna chyba tylko dlatego, że przebiega przez środek wioski, skupia się wokół nie najwięcej hotelików i knajpek i jest jedyną drogą, która prowadzi prosto na plażę. I wydaje mi się, że cywilizacji w postaci asfaltu do tej pory nie dopuścili, bo dziury są doskonałym spowalniaczem.
W Palomino poznałam inne oblicze Morza Karaibskiego, które dotychczas postrzegałam jako ładniutkie, niebieściutkie, z subtelnymi falami. Tutaj morze szalało nawet w pogodny dzień, a fale uderzające o powierzchnię wody tworzyły pianę jakby w morze wpakowano tonę proszku do prania. Cudownie było walczyć z ich siłą i jej się opierać.
Na plaży, w cieniu palm można spędzić cały dzień bez obaw przed śmiercią głodową czy z pragnienia. Nieustannie wzdłuż plaży krążą sprzedawcy wszelkiego picia (głównie wody, coli i piwa) i jedzenia. Czasem się ktoś dosiądzie i pogada. Ze mną zagadał się jeden ze sprzedawców piwa, który swego czasu zajmował się fotografią, tyle że w Kolumbii był imigrantem z Wenezueli. Tuż obok rozsiadła się grupka przyjaciół, która popijała piwko i miała ze sobą dobrą zabawę, do której chłopaki próbowali mnie też wciągnąć.
 Na końcu plaży jest knajpka przy samym morzu, z tarasem, z którego przy bezchmurnej pogodzie można podziwiać w 30-stopniowym upale, w klapeczkach i stroju kąpielowym, zaśnieżone szczyty gór Sierra Nevada de Santa Marta.
A wieczorem można zafundować sobie za niewielkie pieniądze ucztę. Na tzw. głównej ulicy można zjeść zarówno pizzę, spaghetti czy nawet shaormę, ale najlepsze jest ceviche z krewetek albo klasyczne z rybki. Ceviche znam tylko z Peru, ale tutaj też było doskonałe. Muzyka wszelkiego sortu - od latynoskiej po dyskotekową młockę - rozbrzmiewa zewsząd, a ci, którzy ją puszczają, nie szczędzą decybeli.
Generalnie wioska, choć niektóre hoteliki są naprawdę dość luksusowe, ma jednak lekko hippisowskie zabarwienie. I choć na początku nie byłam tym miejscem zachwycona i zastanawiałam się, co w nim takiego, że ludzie tak chętnie do niego ściągają, po 3 dniach trochę żal mi było je opuszczać.








środa, 16 marca 2022

Minca

Znalazłam się w miejscu, gdzie mogłabym spędzić dwa tygodnie, może nawet miesiąc i dłużej. 
Miałam plan, żeby spędzić weekend w Baranquilla na drugim największym na świecie po Rio karnawale na świecie. Ale władze miasta lekko pokrzyżowały mi plany krótko przed moim wyjazdem do Kolumbii przenosząc karnawał na ostatni weekend marca. Po Medellin żadne duże miasto już nie wchodziło w grę (tylko karnawał byłby w stanie mnie tam zatrzymać), więc prosto z lotniska w Cartagenie pojechałam do Minca, cudownej małej wioseczki w górach, niedaleko Santa Marta. 
Droga z Cartageny nie była taka prosta. System komunikacji w dużych miastach jest dość trudny do ogarnięcia. Żeby poruszać się bardziej zorganizowaną i cywilizowaną komunikacją miejską, trzeba zaopatrzyć się w kartę i ją doładować albo konkretną kwotą, albo liczbą przejazdów. Karta dość istotna rzecz, bo - uwaga - w autobusach, do których się wchodzi tylko przednim wejściem, są bramki jak w metrze, przez które można przejść tylko po jej odbiciu. W Cartagenie, jeśli nie ma się karty, jest się skazanym na busety. Busety, miejskie lub dalekobieżne, zatrzymują się na machnięcie ręki i do nich się nie wsiada, tylko wskakuje w biegu, bo kierowca właściwie tylko trochę na moment zwalnia, a jego pomocnik zagania do pojazdu i daje znak, że można dalej jechać. 
Nie bardzo sobie wyobrażałam jak to będzie ze mną ciągnącą torbę na kółkach, ale po zwolnieniu busety po moim machnięciu ręką pomocnik tylko wyrwał mi torbę z ręki, wepchnął do busety, a potem torbę przekazał jakiemuś siedzącemu pasażerowi, żeby ją trzymał, bo ja musiałam stać w ścisku, a kierowca co chwila zwalniał i przyspieszał i jechał tak, jakby świat miał się zaraz skończyć. Jechałam długo i na dokładkę dokładnie w przeciwnym kierunku niż terminal autobusowy, zaliczyłam jakieś wioseczki, po czym nagle pan pomocnik stwierdził, że muszę się przesiąść do innego busa, który jedzie w kierunku terminalu. Zaskoczyło mnie chyba jednak bardziej to, że w drugim busie nie wzięli ode mnie pieniędzy za przejazd, bo przecież zapłaciłam już w pierwszym. Szczęśliwie dotarłam na terminal, gdzie dorwali mnie naganiacze i zanim się spostrzegłam, siedziałam już w autobusie, który miał jechać prosto do Santa Marta. Jednak tutaj też niespodzianka: w Baranquilla, gdzie miał być dłuższy postój, wszystkim jadącym do Santa Marta kazano się przesiąść do innego autobusu. I to nie koniec szalonej podróży do Minca. W autobusie podłapałam rozmowę jednego z pasażerów z kierowcą. Okazało się, że razem ze swoją dziewczyną zmierzali do Minca, więc ochoczo zagadałam, że ja również. Jadąc obwodnicą Santa Marta kierowca dostrzegł autobus, który jego zdaniem tam miał właśnie jechać. I generalnie w Kolumbii nie ma problemu, żeby na trasie zatrzymać duży autobus dalekobieżny. Pan kierowca docisnął pedał gazu, zaczął trąbić, machać i autobus zjechał na pobocze. Szybko przerzucili nasze bagaże i dalej to nie koniec przesiadek, bo po kilku kilometrach autobus niby do Minca zatrzymał się przy stacji benzynowej i pan pomocnik kierowcy wyjaśnił, że takie duże autobusy tam nie jeżdżą i musimy przesiąść się do taksówki colectivo, czyli dzielonej z innymi pasażerami. Taksówka wyglądała lekko podejrzanie i tylko dlatego do niej wsiadłam, bo zrobiła to ze mną kolumbijska para. 
W drodze do Minca zrozumiałam, dlaczego tam nie jeżdżą duże autobusy. Droga mająca jakieś kilkanaście kilometrów jest bardzo kręta, a w Minca właściwie duży autobus nie miałby nawet gdzie zawrócić.
W końcu dojechałam. Na szczęście wioska mała, z dwiema głównymi drogami, więc do mojego pierwszego noclegu (zarezerwowanego naprędce w miejsce noclegów Baranquilla) nie potrzebowałam setnego w tym dniu transportu.
W Minca, a właściwie w okolicy, jest sporo do zobaczenia i zrobienia. Są wodospady Marinca z naturalnym basenem do kąpieli, gdzie za wstęp trzeba zapłacić, jest jednak infrastruktura, żeby się przebrać, zjeść i odpocząć. Nie wiem, co jest większą atrakcją: czy możliwość kąpieli w basenie przy wodospadach, czy dwa gigantyczne niby hamaki rozciągnięte na zboczu. Do wodospadów można dojść na pieszo, jak ja to uczyniłam, ale zajmuje to półtorej do dwóch godzin, można jednak zapłacić 5 zł za moto taxi i tę opcję zdecydowanie wybrałam w drodze powrotnej. 
Jest darmowy wodospad Pozo Azul, do którego można również wybrać trasę wyłącznie na pieszo, bo prowadzi przez las, przez rzekę i przez chwiejny bambusowy most, można też zapłacić 10 zł i się nie męczyć. 
Można wybrać się na cały dzień na trekking, żeby zdobyć któryś ze szczytów pasma górskiego Sierra Nevada de Santa Marta, które jest najwyższym pasmem na świecie z tych znajdujących się na wybrzeżu, a jego najwyższe szczyty sięgają ponad 5700 m.n.p.m.
Ale ja już chciałam odpocząć. Byłam na małej plantacji kawy i kakao, gdzie wolontariuszka ze Szwajcarii opowiedziała o całym procesie, zobaczyłam wodospady, odwiedziłam mikro knajpeczkę o nazwie El Arco de Minca, prowadzoną przez niemiecko-polskie małżeństwo. Chociaż pan już chyba już tylko z pochodzenia jest Polakiem. Wyjechał ze Strzelców Opolskich w '77 roku do Szwecji, potem mieszkał w Berlinie, żeby w końcu przeprowadzić się z żoną do Kolumbii, gdzie prowadzi sklep z przetworami, miodem można się u nich napić kawy i zjeść domowe ciasto.
 Ale będąc w Minca przede wszystkim delektowałam się widokiem i spokojem w Casa Loma. To miejsce (trudno je nazwać hostelem) było bardzo polecane na licznych blogach jako wyjątkowe, więc przezornie zrobiłam rezerwację z 2-miesięcznym wyprzedzeniem i to był słuszny ruch, bo dostać się tam graniczy z cudem. Położone na wzgórzu we wiosce, gdzie trzeba się wspinać mocno pod górę przez ładnych kilka minut. W każdym razie trzeba mieć niezłą kondycję, żeby dojść bez zadyszki. Przez kilka dni nocowałam sobie w chatce, gdzie było tylko łóżko i mały regalik, a zamiast drzwi były zasłonki. Za to łóżko - materac, pościel - jak w najlepszym hotelu. Przy chatce miałam cudny taras z widokiem na drzewa, góry i zachód słońca. Łazienki wspólne, przestrzeń wspólna, cicha muzyczka (nie latynoska!!) sącząca się z głośnika, woda w dzbankach, która w tym upale jest wybawieniem. Wygodne fotele, hokery, stoliki, przy których można zjeść pyszne jedzenie przygotowane przez ichniejszych kucharzy, poczytać książkę czy po prostu gapić się i nieustająco zachwycać niesamowitym widokiem na góry i Santa Marta, które leży już na wybrzeżu. I cieszyć się tym absolutnie niespiesznie mijającym czasem.
I trochę przez te parę dni wsiąkłam w tę wioseczkę. Codziennie machałam dziadkowi, który mieszkał w domu, gdzie był mój pierwszy nocleg i zdarzyło mi się uciąć z nim pogawędkę, chodziłam w to samo miejsce na śniadanie, że po trzech dniach właściciel, nawet jak nie wchodziłam, ale mijałam budę, witał mnie "hola, chica", witał też mnie chłopak - moto taxi, który zawiózł mnie do farmy kawy i kakao. I tak to, gdy wyjeżdżałam i wstąpiłam do mojego punktu żywieniowego na obiad przed odjazdem busa do Santa Marta, chłopaczek, który mnie obsługiwał, był przekonany, że w Minca spędziłam 3 miesiące.
























piątek, 4 marca 2022

Guatapé

To malutkie miasteczko znajduje się 80 km na wschód od Medellin. A chciałam tam pojechać, żeby przede wszystkim zobaczyć widok z Piedra de Peñol, dziwnego monolitu, na którego pionowej ścianie wybudowane zostały schody, dokładnie 675, a na szczycie - tarasy widokowe. Widok rozpościera się na zbiornik, jezioro (z Wikipedii wynika, że nie jest to zbiornik naturalny, choć trudno mi w to uwierzyć), którego kształt przypomina trochę liść z poszarpanymi brzegami. Nie miałam może widoku idealnego, bo było trochę chmur, a w świetle słonecznym wody jeziora mają piękny zielony kolor, ale i tak z przyjemnością chłonęłam widoki.
Samo Guatapé jest ładnym miasteczkiem, miejscami wymuskanym, miejscami zapuszczonym. Ale za każdym razem, gdy jakieś miejsce zostaje zdominowane przez turystykę, odnoszę wrażenie, że zostaje obdarte ze swojej autentyczności. Zamiast zwykłych sklepów, sklepy - jeden obok drugiego - z pamiątkami. Zamiast typowych kolumbijskich knajpek, restauracje na styl europejski z mocno europejskimi cenami.
To, co odróżnia Guatapé od Jerico czy Jardin, które są do siebie trochę jednak podobne, to fasady budynków, które są równie kolorowe,ale dodatkowo ich dolne części są trójwymiarowe, a obrazki nawiązują do samego miejsca (bo to szewc, piekarz albo knajpa z bilardem) albo są odzwierciedleniem zamiłowań właścicieli. Albo zwyczajnie stanowią zwykłą ozdobę bez jakichkolwiek konotacji.
Żeby zrobić zdjęcia, najlepiej wyjść przed 8 rano. Miasteczko, przynajmniej jego turystyczne oblicze, jeszcze śpi, ludzi brak
Spędziłam tu tylko jeden dzień i musiałam wrócić do Medellin, bo czekał mnie lot wreszcie na gorące wybrzeże karaibskie.