Pierwszym ministrem suwerennego Mauritiusa od 1968 r. był Sir Seewoosagur Ramgoolam. Nie wiem jak się wymawia. W każdym razie ten pan jest uznawany za ojca tutejszego narodu. Jego wizerunek jest na monetach wszystkich możliwych nominałów i na banknocie o najwyższej wartości - oznacza to, że pan w historii kraju jest bardzo ceniony.
Jego imieniem nazwany też został ogród botaniczny, który tak naprawdę w obecnym kształcie funkcjonuje już od 1770 r.
Jest tam podobno ponad 1000 gatunków roślin, mają tam swoją zagrodę żółwie, a zaraz obok jelenie. Dość intrygującą konfiguracja…
Jest też alejka z drzewkami posadzonymi z mniej lub bardziej znanymi osobistościami. Chyba najbardziej znanymi nazwiskami były Kofi Annan i Nelson Mandela. Drzewka obu panów nieźle się przyjęły, co nie było w tej alejce takie oczywiste sądząc po innych okazach.





















Niedaleko ogrodu, jakieś kilka kilometrów, jest posiadłość, która przypomina domy z filmów o wojnie secesyjnej w Stanach - Château de Labourdonnais. Prominenta postać na Mauritiusie, Christian Wiehe, rozpoczął jej budowę w połowie XIX w.
Zwiedzając dom można obejrzeć film, z jaką pieczołowitością był poddany gruntownej renowacji, bo w sumie jest to taka jedyna neoklasyczna budowla na wyspie.
Obok domu założony został wielki ogród z warzywami i przyprawami. Jest też zagroda, którą obecnie zajmują kozy, kury, gęsi i… żółwie.
Zwiedzanie za jakieś 70 zł obejmuje ogrody, posiadłość i degustację soków i różnego sortu rumu.






Na koniec dnia pojechałam zobaczyć plaże na północy, które miały zachwycać urodą. Być może nie na te plaże trafiłam. W każdym razie widok horyzontu przesłaniały liczne łodzie, plaży niewiele, zbyt dużo ludzi, głośno i duże korki. Zobaczyłam tylko miejscowe Notre Dame i uciekłam.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz