piątek, 14 listopada 2025

Mauritius, cz. 5. Południe

Wodospadów tu sporo, wszystkie wydają mi się mało dostępne z bliska. Do tych, na które trafiłam, trzeba było wybrać się na kilkugodzinny trekking, którego poziom do łatwych nie należy. Ale są punkty widokowe, czasami takie,że potrzebny przewodnik, żeby wskazał, w którym miejscu stanąć, żeby wodospady dojrzeć. Nie do wszystkich też walą tłumy turystów, więc miałam szczęście, że akurat, gdy szłam do tych tzw. punktów widokowych, podjechała taksówka z parą turystów. W życiu bym się nie domyśliła, że stamtąd można dojrzeć jakiś wodospad. Tym sposobem udało mi się zobaczyć wodospad 7 kaskad i wodospad Tamarind.


Gdzieś po drodze natrafiam na miejsce o nazwie Sophie Nature Walk. Po prostu park ze ścieżkami, mostkami i arboretum. Ładne miejsce. 


Większość mieszkańców na Mauritiusie jest pochodzenia hinduskiego. Dlatego mają swoje (chyba) szczególne miejsce kultu o nazwie Ganga Talao Hall. Szczerze, dojechałam tylko do gigantycznych postaci hinduskich  bogów i pojechałam dalej na południe. 

Bo na południu była piękna plaża i najdalej wysunięty na południe punkt Mauritiusa. Dalej był już tylko ocean i Antarktyda.


czwartek, 13 listopada 2025

Mauritius, cz. 4. Chamarel, Black River Gorges National Park

Niedaleko wioski Chamarel, której nazwa pochodzi od nazwiska rodziny, która dzierżyła spory areał, bo nie tylko wioskę, ale i tereny ją okalające, znajduje się piękny wodospad o nazwie Chamarel, a dalej geologiczna osobliwość - Ziemia Siedmiu Kolorów Chamarel. 

Odkrył ją jeden z członków Królewskiego Stowarzyszenia Sztuki i Nauki (bynajmniej nie o nazwisku Chamarel) pod koniec XIX w.

Okazuje się, że cząsteczki żelaza i aluminium w piachu się odpychają i to spowodowało tworzenie się warstw różnych kolorów. Dokładnie siedmiu, jak sama nazwa wskazuje: czerwonego, brązowego, fioletowego, zielonego, niebieskiego, purpurowego i żółtego.  Intensywność kolorów zależy od deszczu, naświetlenia słońcem lub jego braku. 


Przy geologicznym zjawisku jest zagroda, oczywiście z żółwiami i kawiarenka o nazwie Chamarel ;)

Jest też punkt widokowy Chamarel. I to by było na tyle z tą nazwą. 


Kilka kilometrów dalej rozpościerają się tereny Parku Narodowego Black River Gorges z niesamowitymi punktami widokowymi, wodospadami i szlakami trekkingowymi do nich. Jako, że dwukrotnie przekonałam się, że trekking tutaj wiąże się z nieco większym wyzwaniem niż bym chciała, dałam sobie spokój. Ale widoki ładne. Wodospady też, choć w większości przypadków potrzeba lornetek, żeby je zobaczyć.

środa, 12 listopada 2025

Mauritius, cz. 3. Trekking

Miałam plan zrobić choć jeden trekking, wejść choć na jeden szczyt, ale w tym kraju nie jest mi to dane. Góry niewysokie, ale wymagające. 

Jako szczyt wybrałam  Le Pouce, czyli kciuk z uwagi na kształt szczytu. Podobno wejście od północnej strony jest łagodniejsze, można nawet z dzieckiem, więc tę stronę wybrałam. 

Przy napotkanym rozwidleniu stwierdziłam - wbrew mapce, którą znalazłam na blogu z sugestią, że można też z dzieckiem - że pójdę tym drugim szlakiem. Uznałam, że trasa dla dziecka będzie dobra w drodze powrotnej. Na drodze przez las trafiłam na stado makaków, które słysząc gdzieś w lesie zadymę, biegły całymi rodzinami w tamtym kierunku. Wiem, że makaki potrafią być wstrętne i mogą zaatakować, więc trochę zrobiło mi się ciepło. Nie wyciągnęłam nawet aparatu, żeby zrobić im zdjęcie. 

Potem się zgubiłam, a właściwie zgubił się szlak, ale że zwykle mam szczęście (i niech tak zostanie), dokładnie w miejscu, gdzie totalnie się pogubiłam, napotkałam przy jakieś ścianie skał dwóch miejscowych, którzy mi pokazali, gdzie szlak idzie i czym się mam kierować. A kierować się miałam niebieskimi znakami. Problem tylko, że trzeba było czasem wręcz wytężyć wzrok, żeby znaki zobaczyć albo na kamieniach, albo na drzewach, bo większości już farba zeszła. Poza tym szlak wcale nie był tym namalowanym na mapie, którą miałam na aplikacji. To była wersja lokalna, przez chaszcze, przez które wątpię, czy ktoś w ostatnich miesiącach się przedzierał.

Kiedy chaszcze się skończyły i zaczęła się całkiem miła droga, trzeba było nagle skręcić w tunel splątanych gałęzi niewysokich drzew i lian i wchodzić po kamieniach w górę. Bez widoków, cały czas w tunelu. Kiedy już tunel się skończył i zaczęły się w końcu ładne widoki, pojawiła się przeszkoda dla mnie nie do przeskoczenia - szczelina  dość głęboka i może nie jakaś szeroka, ale wystarczająco, żebym nie mogła ją przeskoczyć. Tym bardziej, że było świeżo po deszczu (padało na szczęście wtedy, jak byłam w tunelu), błotniście i ślisko. Więc będąc już całkiem niedaleko szczytu, musiałam plan porzucić i wrócić. 


Innym miejscem, które miało być spacerkiem, a okazało się udręką, był punkt widokowy Piton du Canot. W sumie szło się miło, widoki były, tylko co jakiś czas pojawiały się skaliste ściany, które trzeba było pokonać. Przeszłam A przez trzy, ostatnia była już czymś pionowym, na co być może dałabym radę się wspiąć, ale z tyłu głowy cały czas miałam, że jest też droga powrotna i miałam duże wątpliwości, czy dałabym radę zejść. Więc znów zawróciłam. 

I tyle moich trekkingów na Mauritiusie.


wtorek, 11 listopada 2025

Mauritius, cz. 2. Północ

Pierwszym ministrem suwerennego Mauritiusa od 1968 r. był Sir Seewoosagur Ramgoolam. Nie wiem jak się wymawia. W każdym razie ten pan jest uznawany za ojca tutejszego narodu. Jego wizerunek jest na monetach  wszystkich możliwych nominałów i na banknocie o najwyższej wartości - oznacza to, że pan w historii kraju jest bardzo ceniony.

Jego imieniem nazwany też został ogród botaniczny, który tak naprawdę w obecnym kształcie funkcjonuje już od 1770 r.

Jest tam podobno ponad 1000 gatunków roślin, mają tam swoją zagrodę żółwie, a zaraz obok jelenie. Dość intrygującą konfiguracja…

Jest też alejka z drzewkami posadzonymi z mniej lub bardziej znanymi osobistościami. Chyba najbardziej znanymi nazwiskami były Kofi Annan i Nelson Mandela. Drzewka obu panów nieźle się przyjęły, co nie było w tej alejce takie oczywiste sądząc po innych okazach. 


Niedaleko ogrodu, jakieś kilka kilometrów, jest posiadłość, która przypomina domy z filmów o wojnie secesyjnej w Stanach - Château de Labourdonnais. Prominenta postać na Mauritiusie, Christian Wiehe, rozpoczął jej budowę w połowie XIX w. 

Zwiedzając dom można obejrzeć film, z jaką pieczołowitością był poddany gruntownej renowacji, bo w sumie jest to taka jedyna neoklasyczna budowla na wyspie.

Obok domu założony został wielki ogród z warzywami i przyprawami. Jest też zagroda, którą obecnie zajmują kozy, kury, gęsi i… żółwie. 

Zwiedzanie za jakieś 70 zł obejmuje ogrody, posiadłość i degustację soków i różnego sortu rumu. 


Na koniec dnia pojechałam zobaczyć plaże na północy, które miały zachwycać urodą. Być może nie na te plaże trafiłam. W każdym razie widok horyzontu przesłaniały liczne łodzie, plaży niewiele, zbyt dużo ludzi, głośno i duże korki. Zobaczyłam tylko miejscowe Notre Dame i uciekłam.